Portal - Kamieniec Ząbkowicki
 
Strona główna / Samorząd Uczniowski Piątek - 17 sierpnia 2018 Anity, Elizy, Mirona     
polski
Wyszukiwarka
 Działalność Samorządu Uczniowskiego    Ogłoszenia Samorządu Uczniowskiego  
Projekt edukacyjny: PAMIĘTAMY O SWOICH KORZENIACH Kalendarz uroczystości i imprez na rok szkolny 2015/ 2016
Przedstawiciele i plan pracy Samorządu Uczniowskiego
Udział przedstawicieli Samorządu Uczniowskiego w posiedzeniu Rady Pedagogicznej
Regulamin Samorządu Uczniowskiego
Prawa dziecka
Hymn szkoły
 
 

Projekt edukacyjny:

PAMIĘTAMY O SWOICH KORZENIACH
 

Projekt jest realizowany w roku szkolnym 2012/2013.

Podsumowanie projektu odbędzie się w czerwcu 2013 roku.
 
Cele projektu:
 
- poznanie, z perspektywy losów swojej rodziny, przeszłości naszych przodków oraz dziejów naszej Dużej i Małej Ojczyzny,
- poznanie miejsca urodzenia naszych dziadów i pradziadów, historii Kresów Wschodnich, które przez wieki były częścią naszej Ojczyzny,
- rozbudzanie poczucia tożsamości miejsca, w którym mieszkamy, poznanie położenia geograficznego swojej miejscowości, gminy i powiatu,
- umacnianie więzi rodzinnych,
- pielęgnowanie zwyczajów i tradycji rodzinnych,
- włączenie się do działań charytatywnych na rzecz ratowania pamiątek naszej przeszłości, które pozostały za wschodnią granicą Polski - wśród nich grobów naszych bliskich i naszych bohaterów (w ramach akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia” pod patronatem Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu, Dolnośląskiego Kuratora Oświaty, Telewizji Wrocławskiej oraz Kardynała Henryka Gulbinowicza),
- kształcenie umiejętności korzystania z różnych źródeł informacji (przekazu ustnego, dokumentów i opracowań historycznych, pamiątek rodzinnych, zbiorów muzealnych), pisania i prezentacji zdobytej wiedzy historycznej przy użyciu różnorodnych metod - prezentacji słownej, artystycznej i multimedialnej,
- rozwijanie zainteresowań historycznych, umiejętności werbalnych oraz kompetencji informatycznych i zdolności artystycznych,
- kształcenie umiejętności wykorzystania Internetu w celu komunikowania się z nauczycielami – koordynatorami projektu,
- aktywny udział w życiu szkoły i środowiska lokalnego.
 
Zapewne każdy z nas zadawał sobie kiedyś pytania typu:
Skąd pochodzą moi dziadkowie, rodzice?
Jak przybyli na ziemie, na których obecnie mieszkają?
 
Dzięki realizacji tego projektu wielu uczniów miało okazję poznać przeszłości swoich przodków oraz dzieje naszej Małej i Dużej Ojczyzny z perspektywy losów rodziny. Szukając informacji, które służyły odtworzeniu losów naszych przodków, dowiedzieliśmy się, skąd przybyli i gdzie mieszkali. Poznaliśmy też panujące w naszych rodzinach tradycje.
 
Zapraszamy do zapoznania się z materiałami, które zebraliśmy w ramach realizacji projektu
PAMIĘTAMY O SWOICH KORZENIACH.
 
 "Ojczyzna jest naszą matką ziemską.
Polska jest matką szczególną.
Niełatwe są jej dzieje,
zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci.
Jest matką, która wiele przecierpiała...
Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej."

Jan Paweł II

 
Na podstawie różnych źródeł historycznych ustaliliśmy, że Dolnoślązakami określa się mieszkańców regionu Dolnego Śląska. Dzisiejsi Dolnoślązacy należą w większości do polskiej grupy narodowościowej, która zasiedliła tereny Dolnego Śląska po drugiej wojnie światowej, w wyniku zmiany granic Polski. Wcześniej Dolny Śląsk zamieszkiwała autochtoniczna, zgermanizowana ludność słowiańska. Większość tych mieszkańców została pod koniec wojny, w obawie przed zbliżającym się frontem, ewakuowana na zachód, w głąb Niemiec lub przesiedlona tam po wojnie. Dolny Śląsk, opuszczony przez przedwojennych mieszkańców, został zasiedlony przez przybyszów z różnych rejonów Polski i Europy. Zdecydowanie największa część ludności Dolnego Śląska swoje korzenie ma na wschodnich terenach przedwojennej Polski. Mieszkają tutaj również przybysze z przeludnionych, ubogich regionów, przede wszystkim południowej części Polski. Tak więc zmiany na mapie politycznej Europy sprawiły, że na naszych terenach zaczęli mieszkać obok siebie ludzie „wyrwani przez los” z różnych miejsc, „obdarci” ze swojego „życiowego dorobku”, najpierw zagubieni, wystraszeni, często „niedowierzający” temu, co wokół nich się dzieje, przekonani, że wrócą w swoje rodzinne strony, że te „wędrówki ludów” to tylko „zły sen”. Szybko okazało się jednak, że odwrotu nie ma, że trzeba żyć i mieszkać tutaj, gdzie wysiadło się po kilkutygodniowej tułaczce z zatłoczonego, brudnego wagonu z kilkoma tobołkami podręcznych rzeczy. Zimny, obcy dom, często powybijane szyby, pełno śmieci wokół i to zmęczenie długą podróżą... Wtedy ci „tułacze” marzyli tylko o jednym... położyć się gdziekolwiek, ale pod dachem, zasnąć i spać... spać... I ten pierwszy sen, najczęściej na podłodze, pod byle jakim przykryciem, to było swoiste „zadomowienie się”. Po prostu trzeba było żyć... Pomyśleć o jedzeniu dla siebie i dla najbliższych, o tym, gdzie się umyć, jak ogrzać „nowy dom”, jak otulić zmarznięte dziecko... Dni mijały, każdy „tułacz” przyzwyczajał się do swojego nowego miejsca życia, w trosce o zapewnienie podstawowych potrzeb swoich najbliższych, zabiegany, nawet nie miał czasu zauważyć, jak szybko upływają kolejne lata na „nowej, mojej ziemi”, w „moim, nowym domu”.
Prawie wszystkich przybyszów łączyła wspólnota języka, religii, a także zwyczajów i obyczajów, związanych głównie z kościelnym rokiem liturgicznym. I pewnie dlatego nikt z nas, młodych mieszkańców gminy Kamieniec Ząbkowicki, tak jak i całego Dolnego Śląska, nie odczuwa, że możemy mieć swoje korzenie w różnych regionach Polski, w tych w dzisiejszych granicach, ale także w tych w granicach sprzed 1939 roku.
 

Poniżej prezentujemy wybrane prace uczniów naszej szkoły.

Zapraszamy do lektury!
 
HISTORIA RODZINY PRZEMKA - ucznia klasy V
 Moi pradziadkowie osiedlili się na Pogórzu Sudeckim w okolicach Kotliny Kłodzkiej, na terenie obecnej gminy Kamieniec Ząbkowicki, we wsi Doboszowice, w 1946 roku. Przyjechali tutaj z kresów wschodniej Polski, z okolic Lwowa.  

Były to czasy powojenne. Zmęczeni wojną Polacy z Kresów Wschodnich zmuszeni zostali wtedy do opuszczenia swoich rodzinnych terenów, na których żyli i pracowali od wielu pokoleń. Przesiedlenia ludności polskiej z terenów utraconych po drugiej wojnie światowej przez Polskę w wyniku porozumień jałtańskich na rzecz Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, odbywały się głównie na ziemie zachodnie. Taki też los spotkał moich pradziadków. Na tereny obecnie zamieszkiwane przyjechali transportem kolejowym, niewiele zabierając ze sobą. Początki ich życia na naszym terenie były bardzo trudne, tęsknili za okolicami, gdzie się urodzili i wychowali, gdzie – zmuszeni do wyjazdu – zostawili swój cały dobytek oraz groby swoich przodków. Pradziadkowie zajęli się uprawą roli. Praca była bardzo ciężka, nie było sprzętu takiego, jak dziś. Pole uprawiali końmi, dużo prac w swoim gospodarstwie wykonywali ręcznie. Zboże kosili kosami i maszynami ciągniętymi przez konie. W okresie jesieni i zimy dokonywali omłotów za pomocą młocarni. Wiele lat dorabiali się ciężką pracą, a po kilkunastu latach oszczędnego, skromnego życia, kupili ciągnik i sprzęt do uprawy ziemi. Po latach przyzwyczaili się do życia na tych terenach. Obecnie okolice przez nich zasiedlone zamieszkują ich dzieci, wnuki i prawnuki.

Przemysław Herbowski, klasa V

 
HISTORIA RODZINY IZY - uczennicy klasy V
Moja mama to Monika Hańczyk, córka Jana Hańczyk i Jolanty Krawczyk, a tato to Sylwester Woźniak, syn Stefana Woźniak i Wandy Kanak.   
Moi przodkowe ze strony zarówno mamy, jak i taty pochodzili z różnych stron dzisiejszej Polski oraz z terenów należących do Polski przed drugą wojną światową. Po wojnie prawie wszyscy zamieszkali na terenach odzyskanych. Jedni musieli się tutaj osiedlić, bo nie mogli wrócić do swoich rodzinnych miejscowości, ponieważ znalazły się one poza granicami powojennej Polski. Inni zostali tutaj przesiedleni przymusowo. Jeszce inni szukali swojego nowego miejsca na ziemi, dającego perspektywy na „wyrwanie się” z biedy, na realizację swoich życiowych planów, marzeń.
Z każdym z nich wiąże się ciekawa, niepowtarzalna historia, która jest jednocześnie częścią historii naszej Ojczyzny.
W tej pracy przedstawię niezwykle bogatą, bardzo ciekawą historię rodziny Hańczyków, którą dobrze znam z opowiadań prababci i dziadka, przesiedlonych do Kamieńca Ząbkowickiego (ówczesnego Goleniowa Śląskiego).
Jan Hańczyk najstarszy syn Teodora Hańczyk i Melanii Piszko urodził się 7 września 1913 roku w Wielopolu koło Sanoka. Mieszkał z rodzicami i rodzeństwem (dwóch braci i dwie siostry) w Wielopolu.    
 

Moi pradziadkowie: Maria i Jan Hańczyk

 
 Jak skończył 16 lat, to razem ze swoim wujkiem (bratem ojca) wyjechał do Francji i tam pracował w kopalni.   

Dla młodego chłopca praca była bardzo ciężka i tęsknił za rodziną. Po kilku miesiącach wrócił do domu sam, bo wujek postanowił tam pozostać. Przyuczył się do zawodu stolarza. Służbę wojskową odbył jeszcze przed drugą wojną światową w 4 Brygadzie Saperów w Przemyślu.

 
 

 Pradziadek Jan Hańczyk w mundurze

 

Kiedy wybuchła wojna, to został zmobilizowany do Batalionu Saperów. 

 Walczył bardzo krótko, bo po wkroczeniu Armii Czerwonej na wschodnie tereny Polski 17 września, jego oddział, a właściwie resztki, które z niego pozostały, został rozwiązany.
Pradziadek przeszedł do takiej małej zorganizowanej grupy, która pomagała przedostać się
przez San do Związku Radzieckiego różnym ludziom, np. wojskowym, cywilom, w tym ważnym osobistościom, którzy uciekali przed Niemcami. Później wiele razy zastanawiał się nad tym, ilu z tych ludzi, przeprawionych przez rzekę, trafiło do niewoli radzieckiej, a ilu ocalało i walczyło o wolność Polski. Nie znał ich nazwisk, wiedział tylko, że byli „bardzo ważni.”

Maria Hańczyk urodziła się 26 sierpnia 1918 roku w Czerteżu (powiat sanocki). Jej rodzicami byli Bazyli Hardy i Julia Burko.
Przed wojną wraz z rodzicami i rodzeństwem (dwie siostry i dwóch braci) mieszkała w Czerteżu.

   
     Prababcia Maria Hańczyk  
 W 1940 roku, jako najstarsza z rodzeństwa, została zabrana z domu i wywieziona do Niemiec „na roboty”- tak to się wtedy nazywało.
Pracowała u „bauera” w gospodarstwie rolnym. Praca była ciężka, a życie bardzo trudne. W 1941 roku zmarł jej ojciec i Niemiec udzielił jej przepustki na udział w pogrzebie. Marzyła o tym, aby już nigdy tam nie wrócić.
Mojego pradziadka poznała u koleżanki i po trzech tygodniach znajomości - 31 maja 1941 roku - wzięli ślub. Zmieniła nazwisko, wyprowadziła się do Wielopola i spełniła swoje marzenia - już nigdy nie wróciła do ciężkiej pracy w Niemczech.
W 1942 roku urodziło się im pierwsze dziecko - córka Mirosława.
Po II wojnie światowej nastąpiły przesiedlenia w ramach wymiany ludności. Rodzice i rodzeństwo prababci zostali przesiedleni z Czerteża do wsi Rychtycze pod Drohobyczem (obwód lwowski).
I tak moja prababcia pozostała sama w Polsce, a cała rodzina znalazła się na Ukrainie.
Natomiast dziadek, rodzice i rodzeństwo pradziadka zostali przesiedleni do Budowa koło Słupska.
W dniu 18 lipca 1947r. pradziadek ze swoją rodziną został przesiedlony do Kamieńca Ząbkowickiego.
   

Karta przesiedleńcza

Dokument potwierdzający dobytek przesiedlonego

 
Zamieszkali w barakach na ulicy Ogrodowej.  
Tutaj przychodzą na świat kolejne dzieci:
6 grudnia 1947r. syn Edward,
a następnie 4 września 1953 r. syn Jan.
To jest mój dziadek.
W 1954 roku przeprowadzili się do nowo wybudowanego bloku przy ul. Parkowej 3.
W 1960 roku urodzili się im bliźniacy: Andrzej i Sławomir.
Pradziadek pracował na PKP w Rejonie Budynków jako stolarz. Brał czynny udział w rozbudowie kapliczki znajdującej się przy nasypie kolejowym. Wraz z innymi pracownikami w stolarni, w tajemnicy, heblowali deski, a następnie przenosili je do kościółka. Obecnie jest to kościół filialny parafii Starczów p.w. Matki Bożej Częstochowskiej, nasz „kamieniecki kościół”.
W 2000 roku moi pradziadkowie zostali odznaczeni srebrnymi medalami „Za Zasługi dla Obronności Kraju ”. Ale nie były to medale za działania w czasie wojny, tylko za to, że wychowali czterech synów i każdy z nich wzorowo odsłużył czynną służbę wojskową.
Tak wyglądają odznaczenia prababci i pradziadka:
   
   
Pradziadek zmarł 9 grudnia 2001 roku,  
a prababcia 2 września 2005 roku.
Nie pamiętam mojego pradziadka, bo zmarł jak byłam mała.
Pamiętam natomiast prababcię Marysię, która często bywała w naszym domu. Zawsze miała „coś” dla mnie i bardzo lubiła opowiadać, a ja uwielbiałam jej opowieści.
Jestem dumna, że moi pradziadkowie byli
tak świetnymi ludźmi.
Żyli w trudnych czasach zarówno dla nich,
jak i dla naszego kraju.

Jestem pewna, że nasi przodkowie mają wielki wpływ na to, jakimi ludźmi  my jesteśmy. 

Dlatego należy o nich pamiętać i nie pozwolić,
aby ich historie zostały zapomniane.

Izabela Woźniak - klasa V

 
Historia rodziny Julii - uczennicy klasy V
Rodzice mojej mamy Sylwii, to Wiesława i Tadeusz.
Rodzice babci Wiesi, tj. Zofia i Stanisław, pochodzą z małej miejscowości Konina koło Niedźwiedzia (woj. Nowosądeckie). W 1960r. przeprowadzili się do miejscowości Muszkowice (woj. Dolnośląskie). Po 7 latach przenieśli się do miejscowości Starczów. Każdorazowo powodem migracji było poszukiwanie lepszych warunków pracy oraz mieszkania.
Rodzice dziadka Tadka, tj. Maria i Stanisław, pochodzą z miejscowości Prusy (koło Krakowa). W 1966 r. migrowali z Galicji na Ziemie Zachodnie, mając na celu objęcie gospodarki. Osiedlili się w Starczowie, gdzie mieszkają do dnia dzisiejszego.
Rodzice mojego taty, to Mieczysława i Jan.
Rodzice babci Mieci, tj. Aniela i Alojzy, mieszkali w miejscowości Witeradów (koło Olkusza). W 1945r. przeprowadzili się na Ziemie Odzyskane, aby objąć gospodarkę w miejscowości Stolec (koło Ząbkowic Śląskich).
Rodzice dziadka Janka, tj. Maria i Franciszek, pochodzą z miejscowości Kamianka Strumiłowa (koło Lwowa). W 1945r. zostali przesiedleni do miejscowości Dębica. Następnie w 1946r. migrowali na zachód, aby objąć gospodarkę. Osiedlili się w Goleniowie Śląskim, obecnie włączonym do Kamieńca Ząbkowickiego. Tutaj, na zasiedlonym gospodarstwie, budowali swój „rodzinny dom”, w którym mieszkają do dnia dzisiejszego.
W tym domu mieszkam również ja ze swoją rodziną, a więc jestem kolejnym pokoleniem, które tworzy historię tej wspaniałej rodziny.

Julia Mazur - klasa V

 
LOSY PANI STANISŁAWY -
MIESZKANKI KAMIEŃCA ZĄBKOWICKIEGO
Urodziłam się w 1934 roku w Zimnej Wodzie, 7 kilometrów od Lwowa. Była to piękna miejscowość, w której mieszkali sami Polacy. Ojciec własnymi rękami, z pensji kolejarza, wybudował dom, obok którego rósł piękny sad.  
Jak miałam pięć lat wybuchła wojna, w czasie której przeszłam okrutny głód i nędzę. Nie raz było tak, że przez cały dzień nawet skórki chleba nie zjadłam. Całe szczęście, że były owoce z naszego sadu oraz jagody zebrane w lesie. Zbieraliśmy też kłosy zbóż na polach, które mój ojciec wymłócał, a potem ziarno mielił w młynku, który sam zrobił. Raz moja mama poszła pieszo daleko na wschód, aby zamienić pościel na chleb. Po kilku tygodniach wróciła zmęczona, głodna, zawszawiona i przyniosła 5 kilogramów zboża. Pamiętam, jak ojciec przeprowadził z nami rozmowę, że trzeba zabić naszego pięknego wilczura Dunaja, bo nie było mu co dać jeść. Głód jest straszny. Z głodu człowiek spuchnie. Ja widziałam naszego sąsiada, dyrektora szkoły, nieżywego i całego spuchniętego. Pamiętam, jak Rosjanie szukali w naszym domu Pana Hrabiego, który ukrywał w domu Żydówkę. Rosjanie chcieli też zabrać i wywieźć na Sybir mojego ojca i wtedy ja i moje dwie siostry rzuciłyśmy się do nóg rosyjskiemu oficerowi, całowałyśmy jego oficerki, płacząc krzyczałyśmy, aby nie zabierał nam ojca. Oficer nic nie robił sobie z naszego lamentu, ale w końcu - nie wiem, co się stało – Rosjanie sobie poszli, a ojciec został z nami w domu. Na nasz dom dwa razy napadli Ukraińcy i chcieli nas pomordować. Widziałam też wiele nalotów niemieckich i bardzo się bałam spadających bomb. W nasz dom nie trafiła żadna bomba, tylko było dużo dziur po bombardowaniach wokół domu. Ojciec przez małe radio nasłuchiwał, kiedy będzie bombardowanie. Nieraz w nocy budził nas i uciekaliśmy do piwnicy, w której wyścieliliśmy sobie miejsca do spania paprociami naniesionymi z lasu. Raz moja młodsza siostra -zaspana - spadła do tej piwnicy, ale nic jej się nie stało.
Miałam 12 lat, jak moja rodzina wyjechała z Lwowa. Oficer rosyjski podstawił pod dom samochód, na który załadowaliśmy pościel z łóżka, składane żelazne cztery krzesła, trochę ziemniaków i marchwi oraz kilka skrzyń jabłek - szarej i złotej renety. Na stacji czekaliśmy na transport cztery noce. Rosjanie, grożąc nam bronią, rozkradali nasze co lepsze rzeczy. Wreszcie po udręce oczekiwania znaleźliśmy się na bydlęcych, nie zadaszonych wagonach. Wtedy mój ojciec zrobił prowizoryczny dach z desek i słomy w kącie wagonu. Przemęczona spałam pod tym dachem mocnym snem i nie czułam, że pada na mnie deszcz, przez co dostałam reumatyzmu. W naszym wagonie było pięć rodzin. Było bardzo ciasno. Była chłodna jesień. Pociąg snuł się powoli... Rano, skoro świt, wychodziłam na daszek zrobiony przez mojego ojca i obserwowałam miasta i wsie. Widziałam też transporty z bardzo wychudzonymi ludźmi z obozów koncentracyjnych i to był straszny widok.
Po dziewięciu tygodniach dojechaliśmy do Opola. W mieszkaniu, które nam przydzielono, zastaliśmy po Niemcach tylko pełno śmieci i papierosów, ale cieszyliśmy się, że Ukraińcy nas nie zamordowali, że żyjemy... Mama pozamiatała i umyła podłogę, rozłożyła na niej jakiś koc i poszliśmy spać.
Myślałam, że jestem w raju...
W Opolu chodziłam do szkoły, dorastałam, a potem poznałam swojego męża, który jako kolejarz dostał pracę i mieszkanie w Kamieńcu Ząbkowickim.
Tutaj się zadomowiłam, tutaj wychowałam dzieci i doczekałam się wspaniałych wnuków.
Dzisiaj – z perspektywy wszystkich tych przeżyć – doceniam każdy dzień swojego życia, ale najbardziej doceniam to, że zawsze mam co jeść. Każdego roku czekam, kiedy w lesie pojawią się jagody. Sama – ze względu na wiek oraz stan zdrowia– nie mogę ich zbierać, ale mogę je kupić na targu albo od znajomych i... kupuję w dużych ilościach. Bardzo lubię jagody, bo tak bardzo przypominają mi mój rodzinny dom w Zimnej Wodzie...

(Nazwisko do wiadomości red.)

 
© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA
Webmaster: IAP